niedziela, 29 maja 2016

Hej hej hej tu relacja z Biegu Rzeźnika lub lepiej z rzeźni......


Hej hej hej tu relacja z Biegu Rzeźnika lub lepiej z rzeźni......
Opublikowany 2016/05/29
Hej hej hej tu relacja z Biegu Rzeźnika lub lepiej z „rzeźni”…
nofoto2
Tym razem w kultowym dla biegaczy Biegu Rzeźnika, w jego XIII edycji wystartują zawodnicy V-Max Adamów Paweł Młodzikowski i Krzysztof Grono. Cały dystans 82 km trzeba pokonać razem, więc tempo biegu zależy od słabszego zawodnika.
O 2:30 gromadzimy się na starcie w Komańczy. Za chwilę zacznie się przygoda, wielka niewiadoma, bo czeka nas kilka godzin wysiłku. To ja będę nadawał tempo, a Paweł musi się dostosować choć, wiem że nie będzie miał łatwo, bo lubi być z przodu. Końcowy sukces lub porażka w 90% zależą od zawodnika słabszego. Czego najbardziej obawiam się? Dystansu - 82km, w górach. Lekko nie będzie. Co mnie podbudowuje? Doświadczenie maratońskie i wyczucie tempa. Tylko, jak tu dostosować tempo, do biegu w górach? Porównuję mój czas maratoński, z czasami innych maratończyków i ich końcowych wyników w biegu rzeźnika poprzednich edycji. Do tego trzeba doliczyć dłuższą trasę w porównaniu z poprzednimi edycjami, to daje jakieś 10,5 godziny. W Cisnej po 32 km powinniśmy być ok. godziny  6.20. Kolejne odcinki już będę „regulował” na samopoczucie. Brak doświadczenia w górach wychodzi już na samym początku, kiedy słyszę rozmowę dwóch zawodników „na podbiegach idziemy, resztę biegniemy”. I zaraz pomyślałem, że to chyba jacyś słabi zawodnicy, bo ja planuję cały czas biec.
nofoto2
Początek trasy asfalt z dziurami i  od razu pod lekką górkę. Jest zimno, latarki oświetlają trasę, ale trzeba uważać, bo na początku tłok. Wszyscy razem, jeden za drugim. Po paru kilometrach, skręcamy na szlak. Tu już trzeba gęsiego, bacznie obserwując mokre i śliskie podłoże. Jak wbiegliśmy w las jest idealnie! Przypominają mi się wakacyjne poranne treningi na Kaszubach. Mgliście i wilgotno w lesie, do tego rześkie powietrze. To są te chwile, dla których warto biegać!  Napieramy. Paweł podaje mi batoniki żurawinowe, popijam wodę. Jedyne uwagi Pawła do mnie to takie, żebym luźno puszczał nogi na zbiegach. W okolicach punktu kontrolnego na Żebraku, patrzy na mnie i mówi: „Coś Krzysiu słabo wyglądasz” – „ Ja źle się czuję! Ale mam wrażenie że jest to coś, co powinno ustąpić.” „Czy ty jesz?” „-!? Tak jednego batona” –Przez 1,5 godziny biegu jeden baton? Ja już zjadłem 4! I na starcie banana!” Tu pierwszy raz powiedziałem słowo, które podczas biegu będzie padać n razy… Czułem się fatalnie. Po prostu słabłem… Przed biegiem dystans przerażał mnie. Ale teraz po 15km, kiedy ja już nie miałem siły, to co dalej będzie. Paweł nie mógł uwierzyć, że zrobiłem taki błąd. Przecież sam dawał mi żele, które ja chowałem do plecaka. Sam nie wiem dlaczego. Ale cóż - maratończyk biegnie dalej.
nofoto2
Zacząłem uzupełniać węglowodany. Poczułem się lepiej, z tym że odezwał się żołądek. Na jednym ze zbiegów słyszę, krzyk Pawła „Chyba skręciłem kostkę”. Czyli jest nadzieja że na pierwszym przepaku skończymy bieg. Po kilku kilometrach pytam jak kostka „opuchnięta, ale biegniemy dalej!” Do Cisnej dotarliśmy o 6.30, a tam odkryłem, że zużyłem tylko litr wody na trasie. Już nic nie mówię Pawłowi, żeby go nie dołować, ale prawda jest taka, że gdybym biegł sam to bym zszedł w tym momencie z trasy. Po przepaku trochę odżyłem, bo podejścia mnie tak nie męczyły, jak ciągły bieg. Na podejściach, udawało mi się trzymać tempo równolegle poruszających się par, więc do  Smereku jakoś dotarliśmy.
nofoto2
Tu postój 10min. Na przepaku widziałem kolejne pary wbiegające i wybiegające, a ja siedziałem, sam nie wiedząc co by tu zrobić, żeby w końcu zacząć biec. Zjadłem trochę suszonej żurawiny, popiłem colą, cóż pomyślałem nikt za nas tego nie skończy, trzeba iść. Tak iść, bo raczej to nie był bieg. Paweł cały czas kontaktował się z żoną, która na bieżąco zdawała mu relację o naszej pozycji. Zagrzewał mnie do walki. Chyba rozumiał, co przeżywam bo specjalnie nie marudził na wolne tempo i nie tracił nadziei, że jeszcze będzie dobrze. Do Roztoki ze Smereka 17km pokonaliśmy w 3:07. Nawet fantastyczny doping na przepaku nie ożywił mnie. Usiadłem zrezygnowany. Paweł pyta co mi podać? „Daj butelkę coli”. Powoli opróżniłem 1,5litra, a do bidonu nalałem 0,5litra. Gdyby nie Paweł to bym tu jeszcze z „przyjemnością” posiedział. „Wstawaj Krzysiu! Idziemy!” już nawet nie mówił biegniemy!
nofoto2
Wychodzimy a tu góra. Znowu kilkunastometrowe podejście. Ale może to i dobrze, bo przynajmniej na podejściach nikt nas nie wyprzedza, bo to my wyprzedzamy. Pod górkę bierzemy 2 pary, ale i tak wiem, że zaraz nas wyprzedzą. 17km do mety. To mnie pocieszało. Bo nawet  idąc to już tylko 17km. Gdy stanęliśmy na szczycie, Paweł mówi: „Dawaj, Krzysiu biegniemy!” A ja poczułem moc coli! Tak moc coli. Mogę biec!! Ruszyliśmy. Znowu napieramy. I to nawet przyzwoitym tempem. Paweł już widzi kolejne pary, które wyprzedzamy. Ja- skupiam się tylko, żeby dobiec do mety, ale w końcu czuję się dobrze. Do tego w bidonie mam colę. Wyprzedzamy kolejne pary. Pytam „jak skręcona kostka?” – a wiesz, że nie boli. To jest szansa, że  ostatnie kilometry będą mijały szybko.
nofoto2
Teraz mamy trasę góra-dół, każdy metr trasy biegniemy. W końcu tak jak planowałem. Paweł liczy kolejne pary które mijamy i nawet zaczyna przyspieszać. Ale ja już marzę  tylko o jednym, żeby siedzieć w samochodzie. I jak najszybciej stąd wyjechać. Wyjechać, bo zapomnieć się tego nie da. Mijają kolejne kilometry. Czuć że jesteśmy coraz bliżej mety. Wybiegamy z lasu, uff jak gorąco, dobrze że tego nie czuliśmy na trasie. Zostały 3km. Asfaltem. A tu dalej wyprzedzamy! W końcu jest meta! Po 11godz.28 min osiągamy metę! Ulga… Udało się. Na mecie wita nas zawodnik V-Maxa Sławomir Skwarek! Mówi że chyba schudłem. Jak wyjeżdżałem na bieg ważyłem 71kg, po powrocie 68kg. To na mecie nie więcej niż 66kg. Jakby ktoś chciał schudnąć to polecam. 5kg w 11godzin!